niedziela, 19 stycznia 2014

Rozdział 11
Nie obawiaj się blizn

            Moje oczy zaczęły powoli przyzwyczajać się do przyjemnych ciemności panujących w pokoju, zakłócanych jedynie bladym światłem księżyca. Rozzłoszczony wiatr szarpnął poszarpaną zasłoną w górę, tym samym ukazując ciemnogranatowe niebo. Kłębiaste chmury co chwilę zasłaniały migoczące gwiazdy, które z dziwnych przyczyn wydały mi się większe. Kolejny podmuch wiatru wywołał nawiedzającą moje ramiona gęsią skórkę, ale gruby koc był idealną ochroną. Chłodne, nocne powietrze pomagało moim chaotycznym myślom się uporządkować.
            Drzwi zaczęły otwierać się z cichym zgrzytem. Najwyraźniej nikt w Akatsuki nie przejmował się tymi irytującymi dźwiękami, które zaszczycały moje uszy przynajmniej kilkanaście razy dziennie. Zerknęłam w lewo, nie mogąc powstrzymać cisnącego się na moje usta uśmiechu.
            Deidara stawiał małe kroczki, niezwykle skupiony na dwóch, zaciśniętych w dłoniach kubkach. Kiedy odłożył je na zawaloną gliną i pudełkami po przekąskach komodę, odetchnął jak zmęczony człowiek po ciężkiej misji. Odwrócił się w moją stronę, rzucając mi zadowolone spojrzenie.
            - Obudziłaś się – zauważył cicho.
            - Naprawdę? – uniosłam wymownie brwi, na co parsknął przyjemnym śmiechem.
            - Okaż trochę wdzięczności – burknął urażony, podając mi rozgrzany kubek. Przysiadając po drugiej stronie wygodnego łóżka, jednym haustem wchłonął trzy czwarte herbaty.
            Podczas gdy mój pokój wydawał się pusty i nieprzyjemny, pokój Deidary można było nazwać… swojego rodzaju przytulnym. Byłam tutaj zaledwie trzy razy, a już zdążyłam przyzwyczaić się do wiecznego nieporządku, zapachu gliny i mięty oraz nieprzerwanie otworzonego okna.
            Deidara odgarnął opadające na oczy kosmyki włosów, które wydostały się z niedbałego kucyka. Znów miał na sobie zwykle ciuchy i wyglądał jakby dopiero się obudził. I zapewne tak było.
            Milczenie było dziwnie kojące, a moje ciało zaczęło się rozluźniać. Oparłam głowę o ścianę i unosząc wzrok od razu zauważyłam, że sufit był ciemniejszy niż reszta ścian. Kto był tak utalentowanym malarzem?
            - Czego chciał Uchiha? – w głosie Deidary usłyszałam wyraźne wahanie, tak jakby od dłuższego czasu zastanawiał się czy to pytanie było dobrym pomysłem.
            Powoli przeniosłam na niego wzrok, napotykając jego nieobecne spojrzenie. Oczy, które zawsze wyrażały wszystkie emocje tak intensywnie, teraz zakryły się przytłaczającą mgłą. W mojej głowie przesunęło się wspomnienie spotkania w salonie i ich niechętnych spojrzeń. Ta dwójka zdecydowanie nie pałała do siebie sympatią.
            - Nic ważnego. Ostatnio byłam z nim i Kisame na misji, więc chciał wyjaśnić parę spraw – odłożyłam opróżniony do połowy kubek na stolik. – Nie przepadasz za nim, co?
            Deidara uśmiechnął się z dziką satysfakcją.
            - Aż tak to widać? – kiwnęłam głową. – To świetnie.
            Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego Deidara tak bardzo nienawidził Itachiego. Oczywiście – Uchiha zachowywał się tak, jakby nic go nie obchodziło, a czasem i zdobywał się na aroganckie zachowanie, ale nigdy nie pomyślałabym, że mógłby stwarzać jakieś problemy dla innych członków Akatsuki. Deidara z pewnością był wybuchowy i nie zadawał sobie trudu by maskować swoją niechęć i złość, ale coś musiało go sprowokować… A co jeśli nie?
            Najwidoczniej samo myślenie o posiadaczu sharingana wzbudzało w nim wściekłość, bo jego palce mocno zaciśnięte na kubku aż pobielały. Dostrzegając coś dziwnego, skupiłam się na jego dłoni.
            - Jesteś ranny – zauważyłam, marszcząc brwi. Dopiero teraz zauważyłam cienki bandaż, niedbale owinięty wokół lewej ręki i większości dłoni. Zakrwawiony materiał był poluzowany w paru miejscach, a w innych za bardzo zaciśnięty. Co jak co, ale chłopak nie wykazywał medycznych zdolności.
            - To nic takiego – mruknął, kiedy przysunęłam się bliżej. Ciepły koc opadł na podłogę, ale herbata zdążyła ogrzać moje ciało.
            - Pozwól mi to obejrzeć – brak odpowiedzi uznałam za pozwolenie, więc delikatnie zaczęłam odwijać szorstki bandaż. Widząc paskudną ranę, mimowolnie się skrzywiłam.
            Ręka była poszarpana, a krwawienie nadal nie ustawało. Zresztą nie było się czemu dziwić – głębokie, niezdarne cięcia wyglądały naprawdę poważnie i mimo zapewnień Deidary, chłopak musiał naprawdę cierpieć.
            W mojej głowie zrodziło się pytanie: dlaczego nie zwrócił się do nikogo o pomoc? Odpowiedź przyszła parę sekund później, kiedy uświadomiłam sobie, że prawdę mówiąc Brzask nie miał medyka. Co prawda Kisame parę razy wspominał o Kakuzu, który był i skarbnikiem i „uzdrowicielem” Akatsuki, ale najczęściej przyszywał części ciała co, prawdę mówiąc, wydało mi się dość niepokojące. Ta rana zdecydowanie nie nadawała się do zszywania.
            Położyłam dłoń Deidary na materacu, a sama zajęłam się kumulowaniem chakry w dłoniach. Po leczeniu Itachiego i Konan była na wyczerpaniu, ale tak naprawdę nie potrzebowałam dużo. W ciszy obserwowałam jak rany znikają, a po kilkunastu sekundach jedyną pamiątką po bólu była zaschnięta krew. Nagle coś zaczęło mnie niepokoić.
            - To nie Rimo, prawda? – jego ostre pazury z pewnością zdołałyby narobić tak paskudnych szkód, a nawet i gorzej.
            Deidara posłał mi zdziwione spojrzenie.
            - Co? Nie – westchnął ciężko, powoli ruszając drżącymi palcami. – Lider chciał widzieć Kisame, a ja chciałem pomóc mu się jakoś ogarnąć. W sumie niewiele mnie obchodzi co Pain by mu zrobił, bo nie ryzykowałby utratą członka organizacji, ale nie miałem ochoty na awantury. Niestety ten idiota był tak pijany, że nawet walenie po pysku nie pomogło, więc postanowiłem zabrać Samehadę. Myślałem, że to go jakoś rozbudzi, ale zapomniałem że to cholerstwo atakuje każdego, kto nie jest tym pieprzonym rekinem – teatralnie pokręcił głową. – Człowiek raz chce być miły, a po chwili już żałuje.
            Parsknęłam cicho, widząc jego oburzone spojrzenie. Gdy się uspokoił, uśmiechnął się z wdzięcznością.
            - Nie musiałaś.
            Wzruszyłam ramionami.
            - Wiem.
            - Dziękuję.
            Znów zapadła cisza, podczas której zorientowałam się że pomogłam artyście już po raz drugi. Co najdziwniejsze – wcale nie żałowałam.
            - A to co? – uniosłam brwi, wpatrując się w poziomą linię po wewnętrznej stronie jego dłoni.
            Deidara uśmiechnął się łobuzersko, jak to miał w zwyczaju, i wyciągnął swoje dłonie w moją stronę. Na prawej dłoni również znajdowała się identyczna linia. Wyglądały niemal jak blizny.
            - Wyciągnij ręce – zachęcił krótko. Ten uśmiech nie wróżył niczego dobrego, ale moja ciekawość zwyciężyła.
            Kiedy moje palce znalazły się kilka centymetrów nad jego dłońmi, ze skóry nagle wysunęły się dwa języki. Zaskoczona pisnęłam cicho, odskakując jak przestraszona dziewczynka. Deidara parsknął przyjemnym śmiechem widząc moją reakcję.
            - I z czego się śmiejesz? – warknęłam, lekko uderzając go w ramię. Zerknęłam na ciągle wyciągnięte języki. – Mogę…?
            Wyglądał na mocno zdziwionego, ale po chwili oszołomienia niepewnie skinął głową. Delikatnie przesunęłam palcami po cienkiej linii, nagle zauważając proste zęby.
            - Trzy pary ust… - szepnęłam z naturalną fascynacją medyka, zerkając na Deidarę. – Nigdy w życiu nie widziałam czegoś takiego.
            Powoli wzruszył ramionami, odzyskując dawność pewność siebie.
            - Czego się spodziewałaś po tak niezwykłym facecie jak ja?
            Przewróciłam oczami, delikatnie dotykając śnieżnobiałych zębów.
            - Czy ty… - zawahałam się przez sekundę. – Myjesz je, czy coś w tym stylu?
            Patrząc na mnie z powagą, blondyn skinął głową.
            - Po każdym posiłku plus gdy czuję, że makaron utknął mi między zębami – nawet gdy zachowywał kamienny wyraz twarzy, jego oczy wyrażały wszystko. Widząc tańczące w nich iskierki rozbawienia, znów uderzyłam go w ramię. – To moje kekkei genkai, Kita. Jedyne co przeżuwają te zęby, to glina.
            Pokiwałam ze zrozumieniem głową, obserwując jak dłonie Deidary odzyskują dawny wygląd. Gdy usta były zamknięte wszystko wyglądało zupełnie normalnie.
            - Teraz już rozumiem dlaczego jesteś tak silnym ninja – mruknęłam, zerkając w stronę poruszającej się zasłony. – Posiadanie czegoś takiego musi być przydatne.
            Usłyszałam ciężkie westchnięcie.
            - Ma to swoje plusy i minusy.
            - Zapewne zdecydowanie więcej plusów? – spojrzałam na jego poważną twarz.
            - Nie byłbym taki pewny.
            Lekka atmosfera momentalnie została zmieciona przez słowa Deidary, w których usłyszałam nutę tłumionego smutku. Powoli położył się na łóżku, uważnie wpatrując się w sufit. Kątem oka zauważyłam, że nieświadomie strzelał palcami. Powoli położyłam się obok, tworząc w miękkim materacu drobne zagłębienie.
            Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Artysta był wyraźnie pogrążony we własnych myślach, wpatrywał się w jeden punkt i nie przestawał bawić się palcami. W milczeniu wsłuchiwałam się w uspokajające wycie wiatru i jego cichy oddech.
            - Tak naprawdę wszystko zaczęło się od tego sławnego limitu krwi – zaczął spokojnym głosem, zupełnie innym od swojego zwykłego zaczepnego tonu. – Kiedyś nie wiedziałem co to znaczyło zabijać. Być mordercą. Byłem tylko głupim dzieciakiem chronionym przez rodziców.
            - Twoi rodzice nie byli shinobi? – zapytałam cicho, nie chcąc wytrącić go z równowagi. Nie miałam pojęcia jak reagował na wspomnienia swojej przeszłości.
            - Ojciec był, matka nie. I to było głównym problemem.
            Nie musiałam długo czekać, aż zacznie kontynuować.
            - Tsuchikage był idealistą. Chciał perfekcyjnych wojowników, więc był skłonny nawet do aranżacji małżeństw między ninja. Nasz klan był potężny, a przywódca Iwa za wszelką cenę chciał uczynić nas jeszcze silniejszymi. Wiedział, że ludzie obawiali się naszej siły, nawet ci z wioski. To jednak nie przeszkodziło mu rozkazać mojemu ojcu poślubić jakąś kobietę z niemalże tak samo potężnego klanu.
            Oczywiście ojciec nie był zadowolony. Miał tylko osiemnaście lat i nie chciał aż tak poważnego związku. A Tsuchikage czekał tylko na więcej ludzi z naszym kekkei genkai. Tylko to go obchodziło. Tydzień przed ślubem mój ojciec miał udać się na ostatnią misję przed długim „miesiącem miodowym” – Deidara uśmiechnął się z kpiną. – Kage chciał mieć pewność, że będą mieli dużo czasu na spłodzenie dziecka. Podczas misji mój ojciec zwierzył się przyjaciołom, że nie chce tego robić i ma zamiar uciec z wioski. Członkowie jego drużyny pomogli mu upozorować śmierć, a następnie wrócili do wioski i poinformowali przywódcę o „niefortunnym wypadku”. Ojciec zamieszkał w małej wiosce znajdującej się dość daleko od Iwagakure. Tamtejsi ludzie nie wiedzieli sporo o świecie ninja, także z ufnością go przyjęli. Najwidoczniej w Iwa wszyscy uwierzyli w jego śmierć, bo nikt go nie szukał.
Kilka lat później spotkał moją matkę, zamieszkali w małym domku i chyba całkiem dobrze sobie radzili. Ojciec pomagał w pracach w wiosce, a matka pracowała w domu nad papierami. Później pojawiłem się ja. Nieświadomy istnieniem świata ninja gówniarz. Gdy miałem osiem lat, na moich dłoniach zaczęło się pojawiać coś dziwnego – Deidara zacisnął usta, najwyraźniej powstrzymując cisnący się na usta uśmiech. – Pamiętam jak ryczałem, kiedy przez skórę przebiły się języki. Wtedy moi rodzice raczyli opowiedzieć mi o wszystkim. Ojciec nauczył mnie kontrolować ciągle wyskakujące języki, matka kupiła mi rękawiczki i jakoś dawaliśmy radę. Siedziałem cicho. Rok później pojawił się mój brat. Na początku go nie znosiłem, potem przyszło jakieś dziwne poczucie odpowiedzialności. Strasznie mnie wkurzał, ale jednak był moim bratem.
            Znaleźli nas kiedy miałem dziesięć lat. Pamiętam, jak moja matka kazała mi się schować w małym schowku na strychu i nie wychodzić dopóki mnie nie zawoła. Sama wzięła mojego brata na ręce i poszła do ojca. Nie mam pojęcia co chcieli z nim zrobić, zapewne ukryć go u sąsiadów, ale nie zdążyli – oczy artysty pociemniały. – Siedziałem na strychu przez parę dobrych godzin, słuchając tłumionych krzyków, odgłosów walki i nieznanych głosów. Wyszedłem dopiero rano. W salonie znalazłem tylko mnóstwo kałuż krwi i jakiegoś mężczyznę, który patrzył na mnie ze współczuciem. Potem mnie ogłuszył.
            Ocknąłem się w jakimś gabinecie, potem poznałem Tsuchikage, który z początku chciał mnie zabić, ale mężczyzna który mnie ogłuszył przekonał go, że byłem tylko dzieckiem i nawet nie wiedziałem o swojej sile. Oddali mnie do jakiś nieznanych ludzi, którzy od razu wysłali mnie do Akademii. Kobieta opowiedziała mi całą historię o moim ojcu i o surowości Kage, który nie zaprzestał swoich działań w łączeniu klanów. Ponadto, kazał zabić członków byłej drużyny mojego ojca i cały klan. Ludzie mnie nienawidzili, bo dawałem im ku temu wiele powodów. W Akademii spisywałem się całkiem nieźle, w końcu ten śmieć wynajął mnie tylko dla siebie, wykorzystywał, testował. Chciał zobaczyć na ile mnie stać. Zabił rodzinę, u której mieszkałem i kilku bliższych znajomych. Więc mu pokazałem. Pozbyłem się większości shinobi Iwagakure.
            Patrzyłam na niego z szokiem wymalowanym na twarzy, a moje serce biło jak szalone. Deidara zapewne nawet nie zdawał sobie sprawy, że przez cały czas się uśmiechał.
            - Potem stałem się poszukiwanym ninja, uciekłem i całkiem nieźle mi się wiodło. Niecały rok później przyszli po mnie Mistrz Sasori, Kisame i Uchiha. Ten ostatni uaktywnił tego pierdolonego sharingana i zostałem włączony do Akatsuki – po raz pierwszy od początku tej historii na mnie spojrzał. Jego żywe, niebieskie oczy szukały jakichkolwiek oznak strachu. Wszystko co dostał to zaszklone oczy i smutne spojrzenie.
            - Bycie ninja jest do dupy – odezwałam się po chwili, czując drażniącą suchość w gardle.
            Artysta uśmiechnął się porozumiewawczo.
            - Teraz już wiesz, dlaczego nienawidzę pomagać ludziom. Szkoda zachodu, jeżeli większość i tak cię zawodzi.
            - Mnie dzisiaj pomogłeś – przypomniałam, nie będąc pewna kolejnego pytania. – Dlaczego?
            Deidara przypatrywał mi się w ciszy, uważnie lustrując całą moją twarz. Dopiero wtedy zauważyłam, że stykaliśmy się ramionami.
            - Czasem mam kaprysy – odpowiedział bez krzty złośliwości.
            Leżeliśmy tak przez kolejne kilka minut, zupełnie zadowoleni w otaczającej nas ciszy. Historia Deidary boleśnie zmiażdżyła mi serce, które dzisiejszego wieczoru i tak kilka razy było na granicy wytrzymałości. Wiedziałam, że chłopak nie chce mojego współczucia. Jego wspomnienia były jednak tak bolesne, że chciało się krzyczeć. Zupełnie jak ja, pomyślałam. Od młodości sama, podróżująca jedynie z Rimo… Rimo!
            - Cholera, pewnie już późno – usiadłam gwałtownie, czując nieprzyjemne zawroty głowy. Deidara zrobił to wolniej, najwyraźniej też wracając do rzeczywistości. – Muszę już wracać, Rimo pewnie umiera z nerwów.
            Podniosłam się na nogi, odruchowo podnosząc koc leżący na podłodze.
            - Kita – odwróciłam się, stojąc przy uchylonych drzwiach. – Nic nie powiem Liderowi.
            Posłałam Deidarze wdzięczny uśmiech, utrzymując kontakt wzrokowy o kilka sekund za długo.
            - Dziękuję – wyszeptałam powoli, a sekundę później drzwi zamknęły się za mną z charakterystycznym dla nich zgrzytem.

***
           
            Dochodziła dziewiąta, kiedy następnego dnia stanęłam przed drzwiami gabinetu Lidera. Zapukałam trzy razy, a gdy do moich uszu doszło stanowcze „wejść”, pchnęłam ciężkie drzwi witając się z panującym w pomieszczeniu półmrokiem.
            Przed biurkiem Paina stał wysoki, umięśniony mężczyzna. Swoim ciężkim głosem zawzięcie o czymś opowiadał, a Lider nie odwracając od niego wzroku skinął na mnie palcem. Nieśpiesznie podeszłam bliżej, stając obok nieznanego mi człowieka.
            Twarz ciemnoskórego członka Akatsuki była zasłonięta maską, która odsłaniała jedynie jego niezwykłe, jasnozielone oczy. Jego potargany płaszcz sugerował, że mężczyzna zapewne dopiero co wrócił z misji.
            - Udało mi się wyeliminować czterech – wyciągnął w stronę Lidera dwa duże zwoje i niewielką sakiewkę. – Niech Lider przeliczy, wszystko powinno się zgadzać.
            Rudowłosy skinął głową, chowając wszystko do niewielkiej szuflady biurka.
            - Dziękuję, Kakuzu. Możesz odejść.
            Znany mi z różnych opowieści Kakuzu zlustrował mnie jedynym, zimnym spojrzeniem, po czym bez słowa wyszedł. Wyglądał dokładnie tak jak opowiadali inni. Wydawał się być stosunkowo spokojnym, więc nie miałam bladego pojęcia jak dawał sobie radę z Hidanem.
            - Czy wszystko w porządku? – zapytał jak to miał w zwyczaju Pain, przy okazji przeglądając jakieś pożółkłe kartki.
            - Tak – odpowiedziałam, starając się zamaskować zmęczenie po nieprzespanej nocy.
            Kiedy wreszcie uniósł na mnie wzrok wydawał się zadowolony i odprężony. Przez kilka sekund uważnie mi się przyglądał, a mnie dopadło przerażające przeczucie, że zaraz o wszystkim się dowie.
            - Wiem, że wczoraj już ci o tym wspominałem, ale jestem szczerze zaskoczony, że udało ci się pomóc Konan w tak krótkim czasie – oznajmił, a ja w duchu odetchnęłam z ulgą.
            - Nawet jeśli się obudziła, to czeka mnie jeszcze sporo pracy. Choroba nie jest jeszcze wyeliminowana nawet w trzydziestu procentach.
            Lider skinął głową, najwyraźniej pamiętając o naszej wczorajszej rozmowie.
            - Rozumiem. Czy jest coś, czego potrzebujesz?
            Zamyśliłam się na krótką chwilę, przypatrując się nieruchomej biblioteczce.
            - Będę musiała zrobić napar z pewnym ziół, których niestety teraz nie posiadam – odparłam, przypominając sobie pole na obrzeżach Kumogakure. – Wiem jednak, gdzie mogę je znaleźć.
            Rudowłosy westchnął ciężko.
            - Kogo chcesz ze sobą zabrać? – mruknął, powracając do przeglądania dokumentów.
            Kogo chciałam zabrać? Pytanie odbiło się echem po każdym zakamarku mojego umysłu, przywołując twarze członków Akatsuki.
            - Temko – zasugerowałam po chwili rozmyślań. – I oczywiście Rimo.
            Mężczyzna pokręcił głową z dezaprobatą.
            - Jedna osoba to zdecydowanie za mało. W końcu Kumogakure jest dość daleko.
            - Nie pójdziemy tylko we dwie. Przecież jest jeszcze Rimo.
            Pain nadal był się nieugięty.
            - To i tak za mało. Nie mogę ryzykować – westchnął ciężko, po czym wyciągnął z biurka grubą, zakurzoną książkę. – Sasori wczoraj wyruszył na misję, a Itachi jest mi potrzebny w siedzibie… Tak więc Deidara i Kisame pójdą z wami.
            Otworzyłam usta gotowa zaprotestować, kiedy Lider gwałtownie uniósł rękę.
            - Koniec dyskusji – oznajmił stanowczo. – Dobrze więc, wyruszycie jutro z samego rana. Poinformuję ich później, teraz możesz udać się do Konan.
            Zrezygnowana skinęłam głową, kierując się w stronę zakurzonej biblioteczki. Lider zapewne już zdążył zapomnieć o mojej obecności, zajęty przeszukiwaniem dolnych szafek biurka. Westchnąwszy cicho, chwyciłam odpowiednią książkę i dwie sekundy później znajdowałam się w kamiennym korytarzu.
            Stając przed drzwiami, wykonałam znaną mi już pieczęć. Z początku wydała mi się zbyt skomplikowana, ale po paru próbach wykonywałam ją niemal ze znudzeniem.
            - Dzień dobry – przywitałam się cicho, widząc opierającą się o poduszkę Konan. – Jak się czujesz?
            Kobieta odgarnęła niebieskie kosmyki opadające na bursztynowe oczy, które przypatrywały mi się ze zmieszaniem. Zapewne dopiero co wstała.
            - Dobrze – odparła powoli, kiedy usiadłam w przysuniętym do łóżka fotelu. Pain musiał przesiedzieć w nim dobrych parę godzin.
            - Czy coś cię boli?
            - Raczej nie. Nadal jestem trochę osłabiona i ciągle mam te zawroty głowy, ale poza tym wszystko w porządku.
            Nie odpowiadając, zaczęłam przygotowywać napój leczniczy. Czułam, że Konan obserwuje każdy mój ruch, jest nieufna i może nawet odrobinę zdezorientowana.
            - Wypij to – wyciągnęłam w jej stronę zielony kubek. – To na uodpornienie, powinno także pomóc z bólem głowy i zawrotami. Twój organizm nie jest przyzwyczajony do ponownej pracy na tym poziomie.
            Posłusznie wypiła parę łyków, nie spuszczając ze mnie wzroku. Nie mogłam zrozumieć o co jej chodziło.
            - Jesteś z klanu Naito, prawda? – pokiwałam głową. – To wszystko wyjaśnia.
            Rzuciłam jej pytające spojrzenie.
            - Co masz na myśli?
            Konan odłożyła kubek na stolik, który zadrżał niebezpiecznie pod kolejnym ciężarem.
            - Skoro pomogłaś mi się wybudzić w tak krótkim czasie, musisz być utalentowanym medykiem. Nie zmienia to jednak faktu, że jesteś młoda, ale wiedząc że pochodzisz z tego klanu, wcale mnie to nie dziwi. Spotkałam paru waszych medyków, i każdy znał się na rzeczy.
            Uśmiechnęłam się blado.
            - Słyszałam to już wiele razy. Nawet tutaj.
            W oczach kobiety błysnęło dziwne światło.
            - A więc zdążyłaś poznać członków Akatsuki, co?
            Zerknęłam na nią zdziwiona, przypominając sobie słowa Kisame: „Nie wiadomo mi dużo o jego partnerce, nigdy nie pokazywała się na naszych spotkaniach… Od zawsze była od nas izolowana, jeśli można to tak określić.”
            - Z tego co wiem, nie za często spędzasz czas z Brzaskiem.
            Wzruszyła ramionami, wpatrując się w tańczące za oknem pożółkłe liście.
            - Oni nie muszą znać mnie, żebym ja znała ich.
            Kolejną godzinę spędziłam na dokładnych badaniach i wysnuwaniu wniosków. Kilka razy udało nam się nawiązać kolejne rozmowy, które ograniczały się do przyjemnych tematów. Nadal nie wiedziałam o niej dużo, ale nie mogłam sobie jej wyobrazić na polu bitwy, trzymającej oblepioną krwią broń i wymierzającą ostatni coś.
            A potem przypomniałam sobie ostatnią podróż z Temko, jej szalony śmiech i zupełnie odmienną osobowość. Bo dla ninja najrozsądniej było ukrywać swoje prawdziwe zdolności, tylko po to aby potem znieść wszystkich z powierzchni ziemi.

***

Nieprzyjemne warczenie mojego brzucha idealnie pasowało do przekleństw wydobywających się z moich ust. Starając się skupić na moim celu, nieudolnie odpychałam pojawiające się w mojej głowie obrazy pyszności znajdujących się w lodówce.
- Zapłacisz mi za to, Rimo – szepnęłam sama do siebie, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że już całkowicie zwariowałam.
Przez dwadzieścia minut szukania tego kociska zdążyłam zgubić się w najpaskudniejszych miejscach organizacji. Rimo według własnych upodobań powinien wylegiwać się teraz w ciepłym łóżku albo dogryzać nieźle skacowanemu Kisame. Niestety akurat tego dnia postanowił pozwiedzać siedzibę. Cudownie.
Wchodząc po dwudziestych już schodach, zdążyłam zaliczyć bolesny upadek co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. Byłam gotowa powyrywać jego uszy, a potem boleśnie je przyszyć. Zamarłam, czując przyjemny powiew świeżego powietrza. W korytarzach nie było okien, więc skąd…?
Zerknąwszy w górę, w niskim suficie zauważyłam otwartą klapę i kawałek zaróżowionego, pokrytego chmurami nieba. Bez większego wahania i problemów, chwyciłam się drewnianej klapy i jednym skokiem znalazłam się na górze.
Cudowne, orzeźwiające powietrze uświadomiło mi, jak dawno nie wychodziłam z siedziby. Westchnęłam błogo, po chwili przypatrując się otaczającemu mnie pustkowiu. Sucha ziemia mieszała się z tańczącym na wietrze piaskiem, a gdzieniegdzie nagie drzewa porzucały ostatnie liście. Nieopodal dostrzegłam obszerną kałużę i poskakującą w niej żabę. Wciąż zadziwiała mnie moc tego dziwnego jutsu. Skała i kamienne schody wyraźnie wskazywały na to, że znajdowaliśmy się pod ziemią. Ile z tego wszystkiego było wyblakłą naturą, a ile smutną iluzją?
- Nie widziałem cię od rana.
Siedzący na płaskim dachu Rimo nie odwracał wzroku od niezwykłego, kolorowego nieba, ale jego żółte oczy były puste. Nerwowo zaciskał zszarpany ogon, a pazury jego prawej łapy nieświadomie pozostawiały po sobie głębokie rysy. Nagle cała złość wyparowała.
- Co się stało? – podkuliłam nogi, powoli przysiadając obok zwierzęcia. Silny wiatr targał moimi włosami w każdą możliwą stronę.
- Kiedy wróciłem dzisiaj do pokoju, zastałem w nim gościa – mruknął, błądząc wzrokiem wszędzie, byle nie po mojej twarzy.
- Gościa? – powtórzyłam głucho, tak jakby słowa Rimo miały być po prostu nieudanym żartem.
Pierwszy raz widziałam go w takim stanie. Tłumiona bezsilność wydobyła się na zewnątrz z ciężkim westchnięciem. Jego żółte oczy błyszczały niepokojem.
- Nie mam pojęcia jak się tam dostał. Nie mam pojęcia jak się dowiedzieli. Co najgorsze, wiem że on wie – jęknął, kładąc głowę na złożonych łapach.
- Był tutaj?
- Nie. Wysłał Tukaro. Powiedział mi, że Stary jest wściekły.
Pokręciłam głową, mocno zaciskając wargi.
- Cholera – bąknęłam bezsensownie, chowając twarz w dłoniach. – Przecież nie zrobiliśmy nic złego.
Rimo podniósł się tak gwałtownie, że aż podskoczyłam. Wyglądał na wściekłego.
- Nie chodzi o co my zrobiliśmy, Kita. Chodzi o to co ja zrobiłem – zerknął na mnie ze smutkiem. – A raczej o to czego nie zrobiłem.
- Nie rozumiem…
Westchnąwszy cicho, przysiadł tuż obok. Zaczęłam uspokajająco głaskać jego futro.
- Moim obowiązkiem jest chronienie cię. Od samego początku byłaś dosyć trudnym przypadkiem - dostałem zagubione, rozhisteryzowane i złamane dziecko, na które od początku zaczęto polować. Mówiąc szczerze, byłem nieźle wkurwiony – uśmiechnął się przepraszająco, a ja przewróciłam oczami. – Ale Stary nienawidził mnie od samego początku. Byłem zbędnym gówniarzem, do tego sprawiałem masę problemów więc wysłał mnie do ciebie. Wiedziałem, że będzie miał na mnie oko przez cały czas, a co teraz robię? Pozwoliłem ci zamieszkać z Akatsuki, uzdrawiać członków bo wiem, że pomagasz nie tylko Konan. Masz koszmary, nawiedzają cię jakieś zjawy, żyjesz we własnych psychozach i jakiejś schizofrenii… Jestem beznadziejnym stróżem więc nie dziwię się, że chcą mnie dopaść.
Irytujący, arogancki kocur spojrzał na mnie miękkim, przepraszającym wzrokiem. Nie tylko ludzie posiadali maski, których nie byli czasami w stanie utrzymać. Zacisnęłam palce na jego dużej łapie.
- Nie masz na to wpływu, Rimo – przypomniałam stanowczo, na co syknął z niezadowoleniem. – Psychozy to moje drugie imię. Tego nie zmienisz.
Uśmiechnął się sztucznie, a ja tylko wzruszyłam ramionami.
- Idziemy jutro do Kumogakure – oznajmiłam, kładąc się na zimnym dachu.
Chmury leniwie sunęły po niebie, które z każdą chwilą traciło żywe kolory. Przymknęłam oczy, kiedy poczułam powracające zmęczenie. Sen na dachu nie wydał się zbyt zachęcający.
- Nie idziemy tam tylko po te zioła, prawda? – w głosie kota usłyszałam wyraźną niechęć. – Spotkasz się z nią?
Zaczęłam bawić się oplatającą mój nadgarstek bransoletą.
- Może.
Gwałtowny podmuch wiatru zagłuszył jego kolejne słowa.
- Jesteś głupia – powtórzył głośniej. – Skąd wiesz, że to właśnie ten moment?
Otworzyłam oczy, uważnie przyglądając się przelatującemu niedaleko ptaku.
- Widziałam ją. Dzisiaj w nocy, w kuchni. Pierwszy raz od jej śmierci.
Poczułam dziwny ścisk w klatce piersiowej i mgliste strzępki zakopanych głęboko emocji.
- Obyś tego nie żałowała.
Zaśmiałam się bez krzty rozbawienia, łapiąc jego zaniepokojone spojrzenie.
- Nie mam już czego. 
___________________________
Cześć wszystkim. Znowu udało mi się napisać rozdział dość szybko, ostatnio mam jakieś nietypowe dla siebie napady weny (mam się bać...?), ale przynajmniej parę rzeczy się wyjaśniło. No, może nie. Ale w kolejnym rozdziale trochę rozjaśnię całą tą sprawę klanu Naito c: 
I tak, wiem że oryginalna historia Deidary z tą wioską i łapkami była zupełnie inna, ale jakoś tak wyobrażałam sobie małego artystę z tym nieporadnym wyrazem twarzy i początkowo zwyczajnym dzieciństwem :3 Mam nadzieję, że się podoba. Pozdrawiam i do napisania!

9 komentarzy:

  1. Miałam właśnie pytać, czy przeszłość Deidary jest wytworem Twojej wyobraźni czy też nie, jako że od dłuższego czasu nie dogadujemy się z anime i nie jestem już tak bardzo na bieżąco jak kiedyś.
    Rozdział oczywiście wspaniały - nie było niby strachu, śmierci, zabijania i flaków, ale taka notka od czasu do czasu jest zbawienna. Zresztą, dużo się dowiedzieliśmy. Chociażby o Deidarze. I, Boże, to wszystko jest takie tajemnicze, że aż chce się czytać dalej, a tu nic, trzeba czekać. Smutny Rimo sprawia, że i ja jestem smutna. Z pewnością jest ostatnią... istotą, którą chciałabym wyobrażać sobie smutną. Mogę mieć tylko nadzieję, że w końcu wszystko wróci do normy i z powrotem będzie marudny i złośliwy. No i zastanawiam się, z kim Kita zamierza się spotkać.
    Niecierpliwe czekam na ciąg dalszy i mam nadzieję, że wena wciąż będzie Cię napadać!
    Pozdrawiam cieplutko, Mukudori.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, czasem lepiej odpocząć od krwi i flaków (jak to rozkosznie brzmi...). Biedny, biedny Rimo. Jakoś też nie lubię specjalnie go krzywdzić, a więc zapewne jakoś mu to wynagrodzę :3 Chociaż kto wie...
      Dziękuję bardzo i również pozdrawiam c:

      Usuń
  2. Z jednej strony JEEEEEEJ nowy rozdział, ale z drugiej.. tak cobyś nie wykorzystała w najbliższym czasie całych zasobów weny i potem milczała przez miesiąc ;>
    Boże uwielbiam Dei'a, jest przeuroczaśny *.* fajną mu historię stworzyłaś. Zdziwiło mnie tylko, że nie wypytywał Kity o to, że nagle ni z tego ni z owego zemdlała na progu kuchni.
    O nie i kolejne sekreciki! No weź ;__; jestem ciekawa ile ich tam masz jeszcze w zanadrzu..
    Tak wgl nie wiem czy już o tym wspominałam, ale strasznie podobają mi się twoje tytuły rozdziałów xd
    Do napisania!
    Pozdrawiam, buziaki ;3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet tak nie mów, moja droga, bo potem twoje słowa okażą się prawdą i będę miała zastój na kilka miesięcy ;_;
      Hm, może bał się że gdy poruszy ten temat, to znowu zacznie wariować? No bo w sumie lepiej zostawić w spokoju (tymczasowo), niż zostać zadźganym nożem. :c
      No dziękuję bardzo, trochę myślę nad tymi tytułami więc miło, że komuś się podoba.
      Pozdrawiam! ;3

      Usuń
  3. Bardzo się podoba ! :* Jak zwykle zresztą :D Mam teraz ferie więc poczytam sobie twoje opowiadanie od początku ^^ :D Pozdrawiam i życze weny <3
    ~Tamara

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, serio, od początku? ;o Strasznie mi miło, że komuś AŻ tak się to podoba c:
      Dziękuję bardzo i również pozdrawiam :*

      Usuń
    2. No jasne :D lepiej się czyta jak już jest kilka rozdziałów i moge od nowa ja sobie czytać ^^ Czekam na kolejny :**
      ~Tamara

      Usuń
  4. O matko ♥.♥ ten początkowy wątek był tak kurewsko słodki, że aż mi się cieplutko na sercu zrobiło :) Kita ma takie fajne relacje z Deidarą, tak dobrze mi się o nich czyta ♥ normalnie, jak przy mojej ukochanej książce ^oo^ więcej ich, koniecznie! :D dobra a teraz wracam do rzeczy, nieźle, nieźle budzi się w pokoju Dei’a xD no i przyniósł jej kubek z pićkiem, jakie słodkie ♥ ej, weź, ja tu się przy nich rozczulam xD temat Uchihy i ta jego bardzo widoczna nienawiść, rany! xD ale ja go uwielbiam za to, że go nie lubi xD Itaś jest fajny, ale no mnie ta jego arogancja zawsze dosyć irytowała xD i ogólnie nie fangirlowałam go xD (co innego bezuczuciowego, szowinistycznego Sasoriego ♥ którego mam nadzieje, że jeszcze choćby przelotem wprowadzisz xD) potem ta rana na rączce, ojej, ojej, ojej xD Dei ma kuku xD przepraszam, ale cały on jest taki rozkoszny no! Dobra, ogarniam się xD wszystko przez to, że piszę o dzieciach xD w każdym razie pokazał jej swoje Kekkei Genkai :D i jakoś nie zraził się, że pisnęła czy coś, nie wiem, zawsze odbierałam jego… dar, jako fuj, siara trochę z tymi językami czy coś xD a Kita jeszcze z pytaniem czy je myje, hahaha xD jaka urocza xD a on standardowo musiał jej odpowiedzieć coś złośliwego xD no, ale w sumie, co to za pytanie? Lol xD no i, no i zwierza się jej ♥o♥ kurwa, jakie to było mega, w sensie wyczucie chwili, bo historię miał bardzo przykrą… a wszystko przez Teguchego, głupiego dziadzia, który dawno winien iść pod mur i zostać rozstrzelany za te swoje podejście do wszystkiego i pożal się boże, rządy >.< ale fajnie Kita to zinterpretowała, porównując do własnych doświadczeń ;) czuć, że stali się sobie bliżsi *o*
    Ach ten lider, tak wspaniale się zachowuje, w sensie dokładnie tak jak przystało na przywódcę TAKIEJ grupy ;D stanowczy, chłodny i w ogóle :D Co ja widzę, szykuję się nowa misja, i to jeszcze w całkiem fajnej asyście xD aż mnie ciekawi jaki oni mają stosunek pomiędzy sobą xD zwłaszcza z taką psychopatką jak Temko xD I Konan, taka czujna :D widać zdobycie całkowitego zaufania nie będzie łatwe, jak nie, nie wykonalne :P ale w sumie wzajemna akceptacja to już i tak dużo ^^ Ciekawi mnie jej wzajemna (nie)znajomość z Akatsuki :> Oni się nie interesują jakąś kobietą w ich gronie? No halo! Są mężczyznami xD niech zapytają o jej charakter, wygląd, obwód klatki piersiowej, cokolwiek xD a ona, wydaję mi się, że Pain jej po prostu nie pozwala obcować z tymi dzikusami :P
    Rozmowa z Rimo, ciekawa, choć nadal jest w tym wątku, w tym klanie Kity bardzo dużo tajemnic, których nie mogę się doczekać, aż się nie rozwiążą ;) na serio, pobudzają ciekawość :D och, czyli Kita również chce kogoś odwiedzić, już rozumiem dlaczego nie chciała iść na ten spacer z takim tłumem :P trochę bardzo, trudniej będzie jej złamać czy tam nagiąć zakaz Paina… jakoś wątpie, że któryś z nich zezwoli Kicie na jakąś prywatną eskapadę, ale zobaczymy ;D jeszcze mam do nadrobienia jeden rozdział :P
    Pędzę więc :)
    Życzę weny, do zobaczenia :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko co o Dei'u to słodkie? Haha, naprawdę widać, że u ciebie teraz rządzi Naoki (ale to dobrze, bo jest mega słodki ♥). Itachi jest taki zajebisty w tym swoim chłodzie, tak samo Sasori (nie martw się, Akasuna też będzie miał do odegrania swoją rolę!). Siara z językami, łoho. U nas chyba tak, tam to raczej mają wszyscy na to wyjebane XD Oj no, trzeba rozwinąć jakoś te relacje, nie? :>
      Jak ma się być liderem to już stanowczym no, jak byłby kluchą to zaraz by go złożyli w ofierze dla Jashina, zmiażdżyli Samehadą, albo złapali w sharingana. I co by było z biednym Painem? :< Ta, do Konan to ma chyba jakiś syndrom opiekuna, no ale czemu się dziwić. Yahiko martwy :CC
      A lidera to się jakoś przekona, a w końcu Kita też do nazbyt uległych nie należy. :D
      Pozdrawiam!

      Usuń